Piękny poród

Piękne momenty z życia. Ile ich było? Ile ich będzie? Które przychodzą mi na myśl jako pierwsze? Pierwszy wyjazd w góry? Pocałunek? Ślub? Wschód słońca na przystrojonej rosą samotnej polanie? Dlaczego by poród nie miał należeć właśnie do takich chwil?
Po urodzeniu Gabrysia (o tym pisałam tu: KLIK) – o porodzie, który odbył się siłami natury, nie myślałam jako o pięknym. Owszem, cieszyłam się, że urodziłam,
ale żeby to było piękne? Raczej bolesne. Z czasem, gdy o tym myślałam, szczególnie po lekturze „Duchowego położnictwa”
Iny May Gaskin, chciałam aby było inaczej. Aby to było wydarzenie radosne, szczęśliwe. Zwyczajnie piękne.
Wiedziałam też, że na scenariusz porodu nie ma co się nastawiać. Po prostu – będzie, co będzie, a wszystko to, co się przydarzy, każdy zwrot, powinnam przyjąć z otwartym sercem. Najważniejsze przecież, aby dziecko przyszło na świat całe i zdrowe. Niemniej, sama nastawiałam się na poród dobrze, pozytywnie. Gdzieś w kąt schowałam wspomnienia bólu i osłabienia z czasów pierwszego rodzenia. Na to po prostu – nastawiałam się pozytywnie.
Teraz wiem, że to było dobre. Poród, wg mnie, zaczyna się w głowie. A w mojej, kiedy wiedziałam, że to już to, był ogromny spokój. Przyrównałabym swoje myśli do spokojnej tafli wody. Takiej cichej, szemrzącej na jeziorze.
Zaczęło się, jakże nie trudno się domyślić, wieczorem. Usypiałam Gabrysia i poczułam skurcze. Nie jakieś nachalne, ale intensywniejsze niż dotychczas. Spodziewałam się raczej, że to poród alarmowy, i spokojnie zajęłam się decoupagowym hobby.
Skurcze zaczęły pojawiać się w regularnych odstępach czasu, i nabrały na sile. Postanowiłam  zrobić test wody, i wzięłam ciepły prysznic. Skurcze bynajmniej się nie wyciszyły. Dałam znać mężowi i położyłam się spać, aby na wszelki wypadek nabrać nieco siły.
Nie zmrużyłam oka. Regularnie co  10 minut musiałam wstać i rozchodzić skurcz. Starałam się, gdy przychodził, przenosić napięcie na górną część ciała, a rozluźniać dolną. Dzięki temu, nie było to aż tak bolesne. (a właściwie – skuteczne i trafne. Te przeżyte w domu skurcze dały mi bez szczególnych problemów 6 cm rozwarcia).
Kiedy przerwy między skurczami trwały ok. 7 minut, postanowiliśmy, że jedziemy do szpitala… I to nieco wytrąciło mnie z równowagi. Skurcze osłabły, przerwy się wydłużyły. Kiedy dojechaliśmy do szpitala, mimo rozwarcia na 6 cm, skurczy nie było w ogóle. Klapa. Jednak, co obce środowisko, to nie przytulny dom, z wygodnym łóżkiem i spokojem. Jak tu się dziwić dziewczynom, ze chcą rodzić w domu?
Przespałam się trochę. Wypoczynek przywrócił na powrót skurcze, ale były one słabe. Nie takie, jakbym sobie życzyła. Bo to był moment, kiedy bardzo wypatrywałam z utęsknieniem dobrze znanego bólu.
Chciałam bardzo, aby poród przebiegł sam. Pragnęłam uniknąć przebijania pęcherza, oksytocyny, i tego stresu, który temu towarzyszy. I na szczęście – trafiliśmy na położną, która wiedziała, jak temu zapobiec.
Bo okazuje się, że akcje porodową można przywrócić. Samemu, bez chemii, metalowych narzędzi, i lekarzy, którzy chcą, żeby szło szybko (a przecież nie musi).
Pierwsze co miało miejsce: zwolniła się sala do porodów rodzinnych. Duża, z łóżkiem domowym, wanną. Sala jest na uboczu i daje poczucie intymności. Włączyliśmy radio (moje preferowane: Radio Kraków) i poczułam się dużo lepiej.
Po drugie: masaż punktów akupresurowych na dłoniach oraz brodawek sutkowych.
Po trzecie: dobry nastrój!

Piękny poród

I podziałało! Skurze wróciły.
Cały czas wspierał mnie mąż (nie wyobrażam sobie, jak mogłoby go zabraknąć!), choć muszę przyznać, że był chyba nieco zdezorientowany, kiedy zamiast grymasu bólu na twarzy, w czasie skurczu uśmiechałam się. Uwierzcie lub nie, ale każdy skurcz witałam z radością. Im był silniejszy – tym lepiej. W końcu – to dzięki niemu zbliżaliśmy się do momentu powitania na świecie naszego drugiego dziecka!
Kiedy rodziłam mojego pierworodnego, przebicie pęcherza przez lekarza, to był dla mnie ogromny stres i płacz. Bardzo mocno to przeżyłam. Tym razem, gdzieś w czasie skurczy odeszły mi wody płodowe, co powitałam śmiechem. Wtedy myślałam, że to jest wspaniałe. Że właśnie tak ma być. Że wszystko idzie we właściwą stronę. Naprawdę czułam się w tym wszystkim dobrze.
Gdzieś w międzyczasie wymoczyłam się w ogromnej wannie.
Prawie do samego końca było wesoło, z uśmiechem, nadzieją i radością.
Tuż przed drugim etapem porodu, kiedy maluch zaczął wchodzić w swoją ostateczną drogę, przeżyliśmy chwilę stresu. W czasie skurczy zwalniało tętno. Wtedy położna wezwała lekarza i podjęła decyzję o rodzeniu na fotelu (choć przymierzaliśmy się do stołeczka. Ah! Znowu nie poznałam, jak to jest rodzić w pozycji wertykalnej…).
I przyszły skurcze parte.
I od tego momentu wszystko przyspieszyło. No cóż… Działo się dużo, choć trwało krótko. Tych skurczy były ze 3. Pojawił się neonatolog. Dostałam tlen. Glukozę. Usłyszałam, że jeszcze 1 skurcz i koniec. I nagle, na moim brzuchu pojawiło się maleństwo. Zupełnie tyci, nieco fioletowy, malutki Michałek. Mój mały, kochany synek.
Ola Uruszczak

Ola Uruszczak

Nauczycielka jogi i medytacji, instruktorka Masażu Shantala, propagatorka zdrowego stylu życia. Uzależniona od tego, co naturalne i zielone. W wolnych chwilach ucieka z miasta, po to by odnaleźć ciszę i spokój oraz piękno Matki Natury. Prywatnie żona Leszka i mama 2 chłopaków Gabrysia (ur. 2012r.) i Michała (ur. 2014r.). „Głęboko w sercu noszę przesłanie Gandhiego: „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie.” i staram się każdego dnia wcielać ją w życie.

  • http://www.blogger.com/profile/01056531800042001842 Agnieszka Kamaszkowo

    Gratuluję, fajnie jest być mamą dwóch brzdący 🙂 Super opowieść!

  • http://www.blogger.com/profile/05228391009824609177 Góralska Mama

    Wiesz….
    To dziwne.
    Siedze tu i becze.
    Rycze jak bóbr.
    Mam ciarki na całym ciele…
    Chyba coraz bardziej uświadamiam się w tym, że w podświadomości rodzi mi się chęć przeżycia tego wszystkiego ponownie….

    Wszystkiego najlepszego dla Was kochani :*

  • http://www.blogger.com/profile/16893489145495754158 Edyta Zając

    Gratuluję! Piękny poród?

  • http://www.blogger.com/profile/16893489145495754158 Edyta Zając

    Z wykrzyknikiem oczywiście 🙂

  • http://www.blogger.com/profile/03420521306202045582 Monika Nowak

    gratuluje kochana

  • http://www.blogger.com/profile/03279309169817230717 Mru

    gratulacje!

  • http://www.blogger.com/profile/17200988408420405549 Polifonia

    gratulacje!
    W którym szpitalu rodziłaś jeśli mogę wiedzieć??

    • http://www.blogger.com/profile/13747730818347154698 Ola Uruszczak

      W Krakowie, w szpitalu im. Rydygiera. Drugi raz, i – polecam.

    • http://www.blogger.com/profile/07630364219062726626 Matka Debiutująca

      Ooo, to tam gdzie i ja rodziłam Lulkę i planuję drugie 🙂 Mam nadzieję, że i tym razem się nie zawiodę 😉

    • http://www.blogger.com/profile/13747730818347154698 Ola Uruszczak

      Myślę, że się nie zawiedziesz. Życzę Ci, aby sala do porodów rodzinnych była wolna – tam jest najlepiej.

    • http://www.blogger.com/profile/17200988408420405549 Polifonia

      Ja trochę żałuję, że jednak tam nie pojechałam, no ale cóż kolejnym razem jak taki będzie wybiorę ten szpital.

  • http://www.blogger.com/profile/07630364219062726626 Matka Debiutująca

    Pięknie. A najpiękniej, że tak będziesz go pamiętać.
    Dołączam do pytania, gdzie rodziłaś, jeśli można 🙂

  • http://www.blogger.com/profile/04792463566517019322 Filipia Mama

    Pięknie. Mi niestety nie było dane urodzić naturalnie, a i tym razem zapowiada się cesarka.

  • http://www.blogger.com/profile/18358798294631071096 Kornelia Myśliwiec

    piękny poród ? ja nie wierzę w takie rzeczy… nie wiem jak ból może być przyjemny ! ;p

  • Pingback: Dom narodzin w Szpitalu Rydygiera w Krakowie | ml-EKO Blog()

  • Pingback: Roczek-skoczek | ml-EKO Blog()

  • Pingback: Mistycyzm porodu - ml-EKO Blog()

Polub ml-EKO!
Klikając "Lubię to" będzie mi bardzo miło :-)

Zostań ze mną i zapisz się na newsletter

lead nurturing obsługiwana jest przez FreshMail